Moja Opowieść Wigilijna

Kasia

Pomimo wczesnej pory, na zewnątrz było już ciemno. Czarna jak atrament noc, zaczęła ciepło przytulać wszystkie ośnieżone drzewa. Zdmuchiwała z dachów śnieżny puch, żeby szczelniej otulić krzewy. Wiatr jeszcze hulał po gałęziach, jak rozkapryszone dziecko, które nie chce się położyć spać. On też czekał. Pukał od czasu do czasu w okno, jakby sprawdzał czy wszystko już gotowe. W mieszkaniu panował chaos i ogólnie uporządkowany nieład. Takie hipnotyzujące podniecenie, przyspieszjące bicie serca i niecierpliwe drżenie rąk. Mróz już od rana rysował pejzaże na oknach. Tu las z nadrożną kapliczką, tutaj rzeka i wykrzywionym dębem. Dom na rozdrożu i te dwie tańczące sosny … jak mapa … chciał się upewnić, że magia właściwie trafi do naszego domu i nie zagubi się gdzieś po drodze. Z nosami przyklejonymi do szyby czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Znak, kiedy czas stawał w miejscu a w domu zaczynały się dziać prawdziwe czary. Oczekiwanie wydawało się być bezlitośnie długie. Wskazówki zegara leniwe łaskotały kolejne cyferki. 

– Jest już? 

– Jeszcze nie. Ale patrz co się dzieje z językiem jak się dotknie szyby! Super! Nie?!

Hmmm, nie trzeba było myć okien do kryształowej czystości. Teraz jednak nikt nie zwracał na to uwagi i żadne z nas nie dostało bury. Babcia, mama i ciocie co chwile przynosiły na stół nowe dania. Wszystko tak pięknie pachniało. Wystarczyło zamknąć oczy żeby poczuć zapach porannej rosy i miękkość mchu pod stopami. Jak wtedy, kiedy zbieraliśmy grzyby z myślą o wigilii a dzisiaj wieczór odwiedziła nas Jesień. Uszka tańczyły w miseczkach rumieniąc się zalotnie od bordowego barszczu. Kompot wiśniowy był jak smak Lata. Boso wspinaliśmy się na wysokie drzewa, gdzie wiśnie były najbardziej dojrzałe i soczyste. Każdy owoc wart był pozdzieranych o korę drzewa, kolan. Pachnący chleb ze zbóż naszego pola. Ciepły, prosto z pieca. Mały dymek gorąca, powoli i ospale unosił się jego wnętrza. Kłęby kurzu młockarni, żeby uwolnić drogocenne ziarna, nie miały wtedy tyle czasu. Żniwa dobiegały końca a mąka prosiła się o zrobienie. Dzisiaj odpoczywał i nigdzie się nie spieszył. Kolorowa choinka mieniła się milionami kolorów. Nie można było ich zliczyć a oczy nie potrafiły ogarnąć wszystkich mieniących się barw. Dzisiaj rano przywieźliśmy ją z dziadziem z lasu. Sama wybierałam. W jedną stronę miałam przywilej jechać na saniach. Z powrotem jednak, moje miejsce zajęła w nich ta najpiękniejsza. Cała oprószona śniegiem. Tak pięknie zielona i pachnąca lasem. Prawdziwa królowa. Miałam wrażenie, że przez jakiś czas będzie z nami w domu Królowa Śniegu, Zima. Tak, to w ten właśnie, jedyny dzień w roku kiedy w domu gościła prawdziwa magia. Nikt nie miał co do tego żadnych wątpliwości i nikt nie zadawał zbędnych pytań. Czuło się ją w każdym kącie i na każdym centymetrze ciała. Tego dnia wszystko nabierało sensu, wszystko było możliwe, czary się spełniały … wystarczyło tylko wypowiedzieć słowo.

– Nie zamykaj oczu! Możesz coś przeoczyć! 

Z kuchni słyszę głos babci:

– Jest już? 

Przez chwile nieuwagi i zapachy stołu, straciliśmy kontakt z oknem i niebem. 

– Nie, nic jeszcze nie widać … 

Dziadzio chyba też już nie mógł się doczekać. Nie wiem czy bardziej pierwszej gwiazdki czy bigosu pachnącego tak zachęcająco, że nawet bez próbowania, czuliśmy jego smak w ustach. 

– Wyjdę na zewnątrz sprawdzić. Przyniosę kolędę a wy nie spuszczajcie nieba z oka. Kiedy kolęda przyjdzie, patrzcie uważnie, bo ona jest płochliwa i szybko się chowa!  

Podniecenie i drżenie całego wręcz ciała było nie do zniesienia. Nie mogliśmy opanować emocji i bicia serca. Nieopisane szczęście z małą nutką strachu, całkowicie nami zawładnęły. Czuliśmy, że to zaraz nastąpi bo przecież dziadzio potrafił wszystko. Widział rzeczy, których nie mogli zobaczyć inni. Wiedział rzeczy, których nie znał nikt. Był wielki i bardzo silny. Wyobrażaliśmy sobie, że dmuchnie na niebo żeby rozgonić chmury i wtedy na pewno ujrzymy pierwszą gwiazdkę. 

– Jest! Jest! Jest!!! 

W domu zapanowała cudowna wrzawa. Tak bardzo na to czekaliśmy! Magia swoim cieplem rozlała się w każdym z nas i w naszych sercach. Czary właśnie miały się rozpocząć. W tej samej sekundzie kiedy ujrzeliśmy gwiazdkę, wszedł dziadzio z ogromnym oberemkiem siana w swoich wielkich ramionach. Nie było widać było jego twarzy. 

– Jezus się narodził. Przyniosłem kolędę. Łapcie ją! Szybko bo się zaraz schowa!

Nasze oczy i ręce były gotowe a polowanie. Tak bardzo chcemy ją zobaczyć. Kolędę, ducha który będzie z nami cały rok. Dotknąć magii choć na chwile. Nie spuszczaliśmy z siana oczu…. 

Babcia zobaczyła ją pierwsza. Jej szaro niebieskie oczy widziały zawsze wszystko, zanim zobaczył świat …

– Widzieliście ją, widzieliście! Tak szybko schowała się za obraz! O tam, jeszcze ją trochę widać! Widzieliście! 

– Gdzie?! Nie! Znowu była szybsza! Babciuuuu gdzie? … 

– Nic się nie stało, zobaczycie ją w przyszłym roku. Będziecie bardziej czujni. Teraz musimy ją zostawić w spokoju bo wydaje mi się spłoszona. Siadajmy do stołu.

Dziadzio kładł snop siana pod stołem i garść pod obrusem. Pachniało tak pięknie. Pachniało łąka, kwiatami, stawem pełnym lilii wodnych i wiatrem plączącym włosy. Pachniało beztroską i spokojem. 

Taki dzień jest tylko raz w roku. Pełen niewyjaśnionej magii i najsilniejszych czarów. Poddaje się całkowicie tego dnia i pozwalam opanować urokowi i zaklęciom jakie spadają na nasz dom, na nas. Czas staje w miejscu i liczy się tylko miłość. Znowu jestem 6 letnim dzieckiem z nosem przy szybie. Nigdy nie przestałam wierzyć w magię … nigdy nie przestanę … Wesołych Świąt, Wszystkim …

Partager:

Laisser un commentaire

Votre adresse de messagerie ne sera pas publiée. Les champs obligatoires sont indiqués avec *